Migawki z podróży (2-ost.) – ludzie

Ostatnio znowu zamilkłam. Mówiłam już o puszce Pandory? Ano mówiłam… Kiedyś powiem więcej.

A teraz kilka wspomnień. Niby nic. Parę osób spotkanych gdzieś po drodze.

Troskliwa Tajka

Stoi na przystanku i czeka na autobus. Zaczepia nas, gdy pełni wrażeń wychodzimy ze świątyni hinduskiej w Bangkoku. „Tu o piątej będą śpiewy” – zagaja. A potem rozmowa toczy się swoim trybem. Czyli – skąd jesteście, dokąd jedziecie, co chcecie robić. Tajka mówi niezłą angielszczyzną – rozumiemy wszystko. Wskazuje nam parę ciekawych miejsc w Bangkoku, dopytuje o plany, troszczy się, czy zadbaliśmy o bilety lotnicze, skoro chcemy tak podróżować. Co jakiś czas zachwyca się naszym synem… Może to prawda, bo on jest po prostu ładny, a może to tylko taki savoir vivre – Tajowie często prawią komplementy. Można kogoś pochwalić, ale również wypada kogoś obcego spytać… ile waży lub ile zarabia 🙂  Tak po prostu, bo tak już u nich jest…
_ISR0135
Dach hinduskiej świątyni, nieopodal której czaiła się miła Tajka

Khmer Chakara i jego tuk-tuk

Chakara to kierowca naszego tuk-tuka. Brzmi to tak jakbyśmy mieli własnego pańszczyźnianego chłopa, ale prawda jest taka, że z Chakarą ubijamy interes: on nas wozi po kompleksie świątyń w Siem Reap, my – płacimy w świeżutkich, prawdziwych dolarach.
Interes to interes, ale dialog ogólnoludzki się pojawia. Podstawowe pytanie Chakary: czy w Polsce są tuk-tuki? Na szczęście nie ma, więc omija mnie rozmowa na temat tego, ile w Polsce kosztuje tuk-tuk i ile zarabia jego kierowca… Sam Chakara jednak stwierdza, że w Kambodży tuk-tuk to około 750 $. Dla nas to śmiesznie mało, biorąc pod uwagę, że cena dotyczy podstawowego narzędzia pracy, dla niego – kwota niebotyczna i nieosiągalna. Są momenty, kiedy mam ochotę po prostu kupić mu ten tuk-tuk… ale powstrzymuje mnie i myśl o zbyt wielkiej ekstrawagancji czynu, i dumna postawa Chakary, który mimo ubóstwa wykazuje dużą godność osobistą.
Kolejne pytanie Chakary z gatunku nieodzownych  – jak zimno jest w naszym kraju zimą? Mąż radośnie rozwija skrzydła: „Minus 25!” – stwierdza. A ja już wiem, kto jest twórcą stereotypów o Polsce, że u nas śniegi są aż po pas, a wilcy biegają po ulicach….
ISR_1113.jpg
Zgiełk kambodżańskiej ulicy: kable, skutery i tuk-tuki.

„We are people”

Ruiny hinduistycznej i buddyjskiej świątyni Phnom Bakheng z IX w. są zlokalizowane na wzgórzu, które znajduje się na terenie największego na świecie kompleksu świątynnego. Co ciekawe, aby tam wejść nie tylko trzeba okazać bilet, ale również być stosownie ubranym. Ja nie przechodzę kontroli poprawności – okazuje się, że całkiem skromna – z mojego punktu widzenia – sukienka odsłania zbyt duży kawałek ramienia. Na nic zdają się moje zaklinania i desperacka argumentacja, że nie mam żadnych ramiączek, ale solidny pas materiału, że na każdej świątyni w kompleksie tancerki na reliefach nie tylko łyskają pępkami, ale wręcz eksponują nagie (całkiem pokaźne) biusty… Kontrolerzy są nieubłagani… Próbuje mi pomóc stara kobieta z przygrywającej tuż obok regionalnej kapeli – wskazuje dawną, już nieużywaną ścieżkę. Droga jest jednak stroma, bardzo zarośnięta, bez maczety i solidnych butów trekkingowych ani rusz. Cofam się na poły smutna, na poły wściekła…
Pomoc przychodzi niespodziewanie…
Ktoś podaje mi jaskrawą, różową kurteczkę… Podnoszę wzrok: starsza turystka z plecakiem, o drobnokościstej twarzy sugerującej chińskie pochodzenie, stanowczo mówi po angielsku: „Ubierz to. Oddasz mi u góry”. Ja się waham – „Jest strasznie gorąco. Spocę ci kurtkę…” Ona zbywa moje wahania machnięciem ręki i pomaga mi wsadzić na lepkie od 40-stopniowego upału ciało obcisłą kurteczkę… Kiedy pełna wdzięczności wiję się w podziękowaniach, Chinka (potem dowiaduję się, iż pochodzi z Hongkongu) stwierdza oczywistość, tak rzadko uświadamianą: „Jesteśmy ludźmi. Musimy sobie pomagać.”
_ISR0884
Widok na Angkor Wat z ruin świątyni Phnom Bakheng. Mam niezły obiektyw, więc wygląda, że warto tu być. Lecz tak naprawdę – nie warto, chyba że dla wspomnianych wyżej względów ogólnoludzkich 🙂

 „Hello, my friend”

Wylądowaliśmy w miejscu totalnie odciętym od świata. Żeby się z niego wydostać, trzeba użyć łodzi. Właściciel łodzi jednak stwierdza, że musi się zebrać przynajmniej sześć osób,  żeby nas zawieźć do cywilizacji – pobliskiego miasteczka. Wygodne…
Więc czekamy, czekamy, czekamy. Pojawia się facet, zagaja. Trochę o łodzi, trochę o cenach, trochę o czekaniu. Mowa-trawa jak to między obcymi ludźmi, ja dyskretnie odchodzę nieopodal. On rozmawia z mężem, mówi niezłym angielskim, akcent – nierozpoznawalny. Aż pada sakramentalne: „Are you from?” Mój mąż – że z Polski. A facet reaguje szczerze, spontanicznie i niezwykle entuzjastycznie: „Hello, my friend!” – stwierdza z niekłamaną radością.  I ściska mężowi prawicę, mocno i z wyraźną życzliwością. „Mieszkam we Francji, ale jestem z Ukrainy” – dodaje. A ja przypominam sobie określenie z powieści Gojawiczyńskiej „braterstwo świata” – właśnie tego doznaję… I robi nam się miło – brat-Słowianin gdzieś w dalekiej Azji, a w dodatku lubi nas, Polaków!

Małpi rozum stada ludzi

Miejsce jest bajkowe i nie ujęte w katalogach dla turystów. Plaża i sterczące skały z ogromnymi stalagmitami. Można tu dotrzeć łodzią, albo wygodną ścieżką przez dżunglę. Ja wybieram drugą możliwość, mieszkam przy sąsiedniej plaży, paręset metrów dalej…
Docieram – trochę ludzi, przypłynęły ze dwie łodzie. Sensację wzbudzają małpy. To powszechne w całej Azji makaki (rezusy) dorwały się do niezamkniętych śmietników. Dwa dość spore kontenery obite metalową siatką, z ciężkimi klapami, które ktoś pozostawił otwarte, przyciągnęły liczne stado. Małpy wyciągnęły resztki jedzenia, wywlekły  plastikowe opakowania, parę z nich  usiłuje przegryźć butelki z resztkami słodkich napojów. Jedno ze zwierząt siedzi w kontenerze i grzebie w śmieciach. Gawiedź obserwuje i cyka fotki. Nikomu nie przychodzi do głowy, aby zamknąć śmietnik (zresztą i tak małpy by nie pozwoliły) , co więcej  – ośmieleni ludzie zaczynają nawet karmić zwierzęta…
Zżymam się.
Banda idiotów ma za nic zakaz jasno sformułowany na tablicy w pobliżu śmietników. Banda idiotów nawet nie pomyśli, że małpy mogą zachorować od chipsów i folii.
Banda idiotów nie przewiduje, że właśnie uczy makaki nawyków, które mogą okazać się zgubne dla kolejnych turystów w przypadku, kiedy tak wytresowane zwierzęta zaczną im wyrywać jedzenie z ręki. Co więcej – banda idiotów pozwala, aby rozochocone perspektywą posiłku rezusy wspinały im się po ramionach i głowach, zapominając, że nie są to oswojone małpki z cyrku, ale dzikie zwierzęta z dżungli, nieprzewidywalne w swoich zachowaniach, czasem chore i z pasożytami. Idioci, kierując się prawdziwe małpim rozumem, naśladują siebie nawzajem. Bo tu chodzi o to, żeby cyknąć fajną fotkę telefonem i czym prędzej posłać w świat.
Nie chcę wdawać się w dyskusję z bandą idiotów, więc zaciskam zęby i idę w swoją stronę. Dalej jest już pusto, plaża, skały, u progu dżungli tablica z instrukcją na wypadek tsunami.
ISR_1276
Kiedy wracam, widzę, że tłum domorosłych fotografów zniknął, makaki również. Zostały otwarte śmietniki i porzucone przez małpy plastikowe butelki, folie, styropianowe opakowania.
Nie jestem zwariowaną ekolożką. Nie jest moim hobby sprzątanie Ziemi. Brzydzę się śmieci, ale szkoda mi małp. Stado zgłodnieje i wróci, a nie chcę, aby jakieś zwierzę dziś zdechło z powodu bandy idiotów. Więc wzdychając z obrzydzenia zbieram butelki, sprzątam.
Już zamykam śmietnik, gdy zza skały wyłania się on. Opalony Hugh Grant, z niezłą rzeźbą (jak zauważam kątem oka), odziany jedynie w szorty i trekkingowe buty. Oczywiście, fałszywy Hugh Grant, bo dużo młodszy. W dłoni dzierży butelki, opakowania; wpadł na ten sam pomysł – też sprząta…
Odchodzę. Spotykam go dalej na ścieżce, rozmawia z ludźmi, którzy zeszli właśnie z karkołomnej, linowej trasy, wiodącej na górę. Przechodzę obok – z bliska Hugh okazuje się jeszcze przystojniejszy, choć starszy, jest w moim wieku. Widzę, że przygląda mi się z ciekawością i się uśmiecha. „Thanks” szepce bezgłośnie.
ISR_1286
Reklamy

20 comments

  1. Piękne zdjęcia morza, jestem pod wrażeniem. Zastanawia mnie, jak po tak wzburzonych falach można spokojnie płynąć łodzią? Turyści są chyba wszędzie tacy sami – szukają sensacji, ciekawostek i zdjęć, które można wrzucić na FB czy Instagram, żeby pochwalić się znajomym.

    Polubienie

    • Z tą bezinteresownością bywa różnie. Natomiast ja mam takie szczęście, że więcej mnie spotyka dobrych rzeczy ze strony obcych, niż złych… Może więc to kwestia statystyki, jaki rodzaj człowieka się trafi?

      Polubienie

  2. Ludzie wszędzie są bezinteresownie dobrzy i tacy, którzy wykorzystują. Masz osobowość przyciągającą dobrych i życzliwych ludzi. Gratuluję. Niezapomniane są Twoje przeżycia i widoki, które zostaną pod powiekami,
    Serdeczności zasyłam.

    Polubienie

  3. Bardzo piękne historie…. niestety wielokrotnie trafiłam na życzliwośc podszytą interesownością, i to czasem bardzo zniechęca. Pięknie, że jednak ta prawdziwa życzliwosc i przyjazne nastawienie wciąż jest…

    Polubienie

  4. Ciekawe są Twoje opowieści i piękne zdjęcia. Powiem Ci, że w innych krajach częściej się można spotkać z życzliwością i chęcią pomocy bliźniemu. U nas jakos tak rzadko się to spotyka. Ja mówię sobie, że taka dobra i pomocna osoba to nasz Anioł Stróż 🙂 To musi być interesujące dowiedzieć się jak w innych krajach odbierają Polskę. To na pewno jest niezwykłe uczucie, takie podróżowanie i poznawanie nowych kultur, społeczeństwa, widoków, czy smaków kulinarnych 🙂

    Czasem jak tak sobie poobserwuję to nasze społeczeństwo, to myślę, że Darwin faktycznie miał rację w tej swojej teorii 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s