Cudowny twór: szkoła demokratyczna

Natknęłam się ostatnio na nową ideę szkolnictwa (nie, nie mam na myśli „dobrych zmian”, zapowiadanych w czerwcu). Otóż poznałam pewną panią (i mam nadzieję, że na tym epizodzie nasza znajomość się zakończy), która jest jedną z założycielek tzw. szkoły demokratycznej w pewnym mieście. (Przy okazji – te szkoły obecnie mnożą się w całej Polsce.)

Nie wiedząc, czym jest owa placówka – jako jednostka ciekawa świata – zaczęłam dopytywać. Otóż, jest to szkoła, w której nie ma dzwonków, ocen, ani klas. Nie ma planu lekcji.

Zrzesza uczniów od 5 do 18 roku życia, którzy wspólnie spędzają czas. Jeżeli dziecko ma ochotę przyjść do szkoły, przychodzi. Jeśli nie ma, nie przychodzi i nikt mu o to wyrzutów nie robi. Nauka nie jest tu bowiem obowiązkiem, ale prawem świadczącym o szanowaniu wolności wyboru każdego człowieka…

3-kids-crazy

Kiedy dziecko pojawia się w szkole, uczestniczy w społeczności (jeśli zechce), czyli codziennych zebraniach całej wspólnoty. Wtedy głosowane są pomysły jak spędzić resztę dnia – przy czym głos dyrektora jest tak samo ważny jak głos 5-latka.

W szkole nie ma nauczycieli – są tzw. mentorzy, czyli rodzice, bądź wolontariusze, którzy uczą dzieci. A właściwie nie uczą, tylko czekają aż swobodnie rozwijające się dziecko zacznie samo zadawać pytania. Dziecko może pytać, albo nie pytać. Jak zechce.

Mentor może nie mieć wiedzy, aby odpowiedzieć na pytanie. Więc w sytuacji, gdy np. jakiś samorodny geniusz spyta, dlaczego dwie naelektryzowane kule się przyciągają, mentor odszuka informację, że chodzi tu o prawo Coulomba. Chyba, że dziecko nie zostanie tknięte błyskiem wrodzonej intuicji i nie spyta. Wtedy mentor nie będzie musiał ani odpowiadać, ani odświeżać wiedzy z fizyki. W przypadku matematyki – też przymusu nie ma. Dziecko ma policzyć pieniądze (jeśli zechce), gdy zrobi zakupy – oznacza to, że nabyło umiejętność praktyczną. Jeśli samo w sobie odkryje samorzutną potrzebę poznania ułamków, wtedy mentor odświeży wiedzę i też go nauczy. Chyba, że dziecko nie odkryje…

Dziecko może wybrać osobę, z którą chce współpracować (jeśli zechce). Jeśli nie chce, nie musi słuchać dorosłego, bo wszyscy są równi.

217b433ac2e325e0caf92af636fee678

Nie musi też się uczyć (szkoła demokratyczna z założenia do tego nie zmusza). Nuda, tak samo jak nieukierunkowana aktywność,  są dobre dla rozwoju dziecka.

Szkoła nie ponosi odpowiedzialności za efekty kształcenia, choć zapoznana pani o tym nie powiedziała. To sprawdziłam sama – w myśl obowiązujących przepisów oświatowych, to rodzice przyjmują na siebie odpowiedzialność za efekt uczenia, decydując się na zabranie dziecka z tradycyjnej szkoły i tzw. nauczanie domowe. W efekcie – dzieci formalnie muszą być w rejestrach jakiejś placówki oświatowej (np. rejonowej), zaś nauka może odbywać się w domu, albo we wspomnianej „szkole” demokratycznej. Teoretycznie dzieci co roku muszą zdawać egzaminy, ale pani – mrugając okiem – powiedziała, że mają współpracę z placówką „przyjazną nauczaniu domowemu”. Niemniej jednak, gdy dziecku powinie się noga, niezależnie od poziomu przyjaźni egzaminatorów, musi ono na rok wrócić do szkoły tradycyjnej i powtórzyć klasę. Potem może znowu spokojnie zasilić łono szkoły demokratycznej. Do następnego egzaminu.

Dygresja: Inspiracją dla polskich „szkół” demokratycznych, jest angielska, utworzona w latach 20-tych XX wieku, szkoła Summerhill. W Internecie można znaleźć peany pochwalne na jej temat, zwłaszcza wśród zwolenników edukacji demokratycznej, ale jak się trochę pogrzebie, to w tej szkole na przestrzeni lat wiele się działo… paskudnych rzeczy.

P.S. Nie byłam pijana rozmawiając z ową panią. Ona też była trzeźwa.

Reklamy

57 comments

  1. Próbowałam sobie wyobrazić naszych uczniów (znanych mi osobiście) w takiej szkole i powiem Ci, że dziwny obraz z tego powstał. Nie dziwię się, że owe szkoły nie biorą odpowiedzialności, natomiast dziwię się rodzicom, którzy do takich szkół zapisują, a wybór teraz jednak jest…

    Polubienie

    • Też zaskakuje mnie, że taka instytucja znajduje amatorów… Przypominając sobie siebie jako nastolatkę myślę, że bez większych trudności zdegenerowałabym się w takiej „szkole” nie stawiającej ani wymagań, ani granic.

      Polubienie

  2. Nie słyszałam o czymś takim, przecież to kompletny bezsens. Nauczyciele bez wiedzy, którzy nie są nauczycielami? Co te dzieci robią w tym miejscu, grają w gry w telefonie i dłubią w nosie? Dziecko ma obowiązek nauki do 18. roku życia, inaczej mielibyśmy życiowych analfabetów. Nie rozumiem jak coś takiego może mieć formalną zgodę ministerstwa i kuratorium?

    Polubienie

    • O dziwo, wszystko mieści się w ramach prawa. Formalnie dzieci uczą się w domu (jest przepis, który zezwala na tzw. nauczanie domowe), oficjalnie przynależą do placówki np. rejonowej, a tego typu instytucje chyba służą uspokojeniu rodziców. I masz rację – dziecko ma obowiązek nauki do 18 r.ż., ale tu nie traktuje się nauki jako obowiązku. Pani, z którą rozmawiałam, była wręcz oburzona, bo dla niej dziecko ma prawa, a nie obowiązki i wszystko opiera się na partnerstwie i zaufaniu…

      Polubienie

      • Dzieci uczą się w domu? Tzn. czego się uczą i kto je uczy? Dziecko nie może mieć tylko praw, musi mieć obowiązki – wiedzieć co może, a czego nie. Inaczej nie będzie normalnie funkcjonowało w dorosłym życiu, zwłaszcza w pracy, w której obowiązki są na pierwszym planie. Znam dzieci wychowywane „bezstresowo”, które miały tylko prawa, dziś rodzice nie mogą sobie z nimi poradzić i nie mają na nich żadnego wpływu. Nawet zdarza się, że syn okłada własną matkę. Takie szkoły to utopia i idiotyczny pomysł.

        Polubione przez 1 osoba

        • Dzieci na nauczaniu domowym uczą się w domu z rodzicem lub korepetytorem. I nawet, jeśli naprawdę się uczą, to są pozbawione możliwości funkcjonowania w grupie i mierzenia się z różnymi doświadczeniami społecznymi.
          A opisana przeze mnie placówka to jakaś utopia, zgadzam się z Toba. Też nie wierzę w takie metody – bez wymagań i granic. I zaskakuje mnie pomysł traktowania 5-latka po partnersku… Niemniej jednak jedna z Czytelniczek poniżej – Anna – twierdzi, że takie „szkoły” to dobra idea i dzieci się dużo uczą. Szczerze mówiąc nie wierzę.

          Polubienie

  3. Kupiłam kiedyś książkę o szkole Summerhill, ale po przeczytaniu kilku stron odpuściłam sobie. Strata czau i pieniędzy.
    A te szkoły, o których piszesz, to akurat z demokracją nie mają nic wspólnego. Poza nazwą. Myślę, że ktoś wpadł na pomysł, jak szybko zrobić kasę i się zmyć.

    Polubienie

  4. Mam dosyć dużo współnego z nieformalną oświatą, w tym ze szkołami demokratycznymi ( chociaż zdecydowanie bardziej wolę montessorriańskie czy waldorfowskie albo jeszcze lepiej ekspedycyjne) i na pewno nie ma żadnego mrugnięcia okiem przy egzaminach. I nie do końca jest tak, że można nic nie robić, po podstawowym terminem jest odpowiedzialność, od której demokracja nie zwalnia. Strasznie to ktoś spłycił, opisując ci… Bo to bardzo dobra idea i dzieci ogromnie dużo się uczą.

    Polubienie

    • Naprawdę myślisz, że pani-zalożycielka miała potrzebę spłycania czegokolwiek? A ja nie jestem osobą niedociekliwą… Nie tylko dokładnie ją wypytałam, ale przejrzałam jeszcze Internet – to, co te placówki oferują, jak wypowiadają się ich przedstawiciele http://www.edziecko.pl/starsze_dziecko/1,79351,15767057,Szkoly_demokratyczne___Wiecznie_ktos_wrzeszczy__bawi.html, jak również rodzice, którzy dzieci w tego typu placówkach mają, bądź już nie.
      Nie znalazłam żadnych badań naukowych, które potwierdzają efektywność nauczania tych „szkół” w Polsce, co jest zrozumiałe, bo i „szkoły” istnieją za krótko i grupa jest niehomogeniczna (różny wiek, różny czas uczęszczania do placówki), żeby ją zweryfikować.
      I nie zgadzam się, że idea, która stoi w sprzeczności z wszystkimi założeniami psychologii rozwojowej, jest dobra… Nie wierzę, że 15-latek ceni przebywanie w grupie 8-latków. Nie jestem przekonana, że laik jest w stanie nauczyć logarytmów (nawet, jeśli sam je umie). I nie wierzę, że osoba, która przez całe lata jest przyzwyczajona do funkcjonowania tak jak chce, odnajdzie się w środowisku pracy, w którym trzeba będzie zrobić zadania w terminie i przychodzić na określoną godzinę. Co więcej – mieć szefa.

      Polubienie

      • Kurcze, napisałam długi tekst z linkami i tytułami, i mi zjadło. Wrócę do tego później, teraz mi czas nie pozwala – i ja nie twierdzę, że to jest najlepsze na świecie, ale na pewno ciekawsze od typowej edukacji.

        Polubienie

  5. Tak to bywa jak bezmyślnie ściągamy zachodnie wzorce. Nie jesteśmy po prostu dostosowani (moralnie, etycznie, merytorycznie, i jakkolwiek inaczej), aby bezkolizyjnie bawić się w takie eksperymenty. Nasz poziom rozwoju cywilizacyjnego (nie wspominając o uwarunkowaniach światopoglądowych, kulturowych, wyznaniowych, itp) jest nadal kilkadziesiąt lat opóźniony w stosunku do „Zachodu”. To nie wróży dobrze.
    Sam system jest bardzo interesującym i wielce obiecującym przedsięwzięciem funkcjonującym (pomimo wielu przeciwieństw) już od prawie stu lat, bo rozwija głównie funkcje społeczne. I nie jest tak, że rodzice uczą dzieci logarytmów, znam kilka szkół, gdzie zlecono wykłady o całkowaniu pracownikom dydaktycznym uczelni.
    Szarabajka trafiła jednak w sedno, bo na naszym polskim gruncie chodzi tylko o kasę, „Kasa Misiu, kasa”.

    Polubienie

    • Funkcje społeczne? Nie sądzę – dzieci w tych placówkach jest często kilkoro-kilkanaścioro, zmieniają się (rodzice zapisują i wypisują), więc przeważnie nie mają okazji/czasu do nawiązania prawidłowych więzi, pomijając już kwestię przypadkowości w zakresie wieku. I z tego, co przeczytałam w wywiadzie z panią od tych szkół, pomysł na zatrudnienie pracowników naukowych wprawdzie był, ale nie doszedł do skutku, bo dzieci nie wyraziły samorzutnie takiej potrzeby…
      I nie sądzę, że istnieje tu problem różnic poziomu cywilizacyjnego społeczeństwa – wręcz przeciwnie. Najbardziej renomowane szkoły i uczelnie zagraniczne wcale nie są „wyluzowane”…

      Polubienie

    • Przepraszam za ten pierwszy komentarz. Obiecałem, że nie odpuszczę, stąd ten tekst.

      A co do notki: czytałem coś na temat domowego nauczania i w jakimś stopniu jestem się w stanie zgodzić z takim nauczaniem. Tylko dlatego, że egzaminy zdaje się przed szkolną komisją. I choć jestem zwolennikiem demokracji, nie wyobrażam sobie takiej szkoły. To nie ma nic wspólnego z demokracją, to jest czystej wody edukacyjny anarchizm, który nic wspólnego z demokracją nie ma.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

      • Udało się! Gratuluję wytrwałości 😉
        Też jestem w stanie przyjąć jakąś sensowną opcję nauczania domowego (np. dzieci naukowców badających Arktykę, których rodzice nie chcą/nie mogą zostawiać), przy uwzględnieniu plusów i minusów całego rozwiązania.
        Natomiast – zgadzam się – opisana placówka to edukacyjne, rozwojowe i wychowawcze bezhołowie. Edukacyjny anarchizm – bardzo mi się to określenie podoba 🙂

        Polubienie

        • Nie wiem, czy Ty wiesz 🙂 ale prawnie taka możliwość – nauki w domu pod okiem rodziców lub opiekunów – już w Polsce istnieje. Efekty nauczania ocenia komisja właściwej szkoły. Osobiście mam mieszane uczucia, bo z jednej strony po co, skoro mało kto jedzie na tę Arktykę, a z drugiej, istnieje obawa, że to będzie wyedukowany sobek. Pomijam względy zdrowotne, które taką edukację usprawiedliwiają.
          PS. to nie obce służby, ale osobista indolencja 🙂

          Polubienie

          • Wiem, pisałam o tym wyżej. Rozporządzenie MEN pozwala na uzyskanie takiej formy nauczania jak nauczanie domowe, przy przedłożeniu opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej i – oczywiście – zgodzie rodzica.
            Gorzej z oceną efektów tej nauki – jeśli czyni to komisja zwykłej, rejonowej szkoły, gotowa jestem wierzyć w jej rzetelność. Natomiast, gdy dzieje się to w placówce prywatnej (sytuacja opisana w poście – dziecko jest w szkole demokratycznej, a oficjalnie pod skrzydłami „przyjaznej” szkoły prywatnej), to myślę, że może być różnie.
            A dla osób ze względami zdrowotnymi jest inna forma kształcenia tzw. nauczanie indywidualne, które może być realizowane w domu (gdy stan zdrowia dziecka uniemożliwia uczęszczanie do szkoły), albo w szkole – np. w osobnym otoczeniu. Przyznanie takiej formy kształcenia zależy od zaświadczenia lekarza i decyzji zespołu orzekającego rejonowej poradni.
            I, oczywiście, efekty uczenia się poza grupą rówieśniczą mogą być różne – z jednej strony zindywidualizowanie wymagań i trybu nauki, a z drugiej – brak typowych doświadczeń społecznych.

            Polubienie

  6. Ok, a teraz może trochę konkretów. Nauczanie domowe (indywidualne) aktualnie istnieje w publicznych szkołach dla uczniów z dysfunkcjami, którzy nie są w stanie uczęszczać do szkoły ze względów m.in. zdrowotnych – gdy choroba uniemożliwia np. poruszanie się. Polega ono na tym, że nauczyciele przychodzą do domu ucznia, lekcje odbywają się w kontakcie: nauczyciel – uczeń. Rodzic nie bierze w tym udziału, zresztą to nie miałoby sensu. Nie ma żadnych egzaminów przed komisją, uczeń dostaje oceny od poszczególnych nauczycieli i w ten sposób zalicza rok szkolny na poziomie swojej klasy.

    Polubienie

    • Nauczanie domowe to nie to samo, co nauczanie indywidualne! N. ind – tak jak napisałaś – jest dla uczniów chorych, którym stan zdrowia utrudnia lub uniemożliwia uczęszczanie do szkoły. Otrzymuje się je wg procedury: 1) zaświadczenie lekarza potwierdzające konieczność takiej formy nauczania i czasu trwania 2) badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej 3) decyzja zespołu orzekającego w/w poradni w formie orzeczenia (pisemnego). Nauczyciel przychodzi do domu ucznia lub uczeń – jeśli może – uczęszcza do szkoły (ale ma lekcje w innym pomieszczeniu, tylko z n-lem). Realizuje materiał tak samo jak pozostali uczniowie, ale ma mniejszy wymiar godzin.
      Nauczanie domowe nie jest nauczaniem indywidualnym – nie trzeba zaświadczenia lekarskiego (bo nie od stanu zdrowia dziecka zależy), nie ma zespołu orzekającego. Jest to forma dostępna na życzenie rodzica, warunkiem jest opinia (nie orzeczenie – jak w przypadku n.ind.) poradni psych-ped. Tę formę nauczania realizuje rodzic – szkoła nie ma obowiązku zapewniania nauczyciela (jak w przypadku n.ind.), stąd konieczność zdawania egzaminów.

      Polubienie

      • W dalszym ciągu nie rozumiem, na czym ma polegać nauczanie domowe? „Formę nauczania realizuje rodzic” – tzn. rodzic ma uczyć dziecko?? Czy ma wynająć prywatnego nauczyciela? Dla mnie to jest niejasne.

        Polubienie

        • W nauczaniu domowym rodzic odpowiada za naukę dziecka. Decydując się na zabranie dziecka ze szkoły nie zwalnia go z obowiązku nauki (bo ten obowiązek musi być realizowany do 18 r.ż, albo ukończenia gimnazjum), ale sam przejmuje odpowiedzialność za cały proces (w odróżnieniu od nauczania indywidualnego, gdzie za organizację procesu nauczania odpowiada szkoła, a ściślej – jej dyrektor). Może więc sam uczyć dziecko, zaangażować rodzinę (np. ciocie, babcie nauczycielki), albo wynająć nauczyciela. Jednak dziecko musi zdawać egzaminy, które potwierdzają, że faktycznie realizuje program nauki z poszczególnych przedmiotów (z tymi egzaminami może być różnie, ale to odrębny temat).
          Natomiast w n.ind. – dziecko nie zdaje egzaminów w trakcie nauki, bo nauczyciele na bieżąco kontrolują postępy i je oceniają.

          Polubienie

          • Uważam to za bezsens. Przecież rodzic nie ma kwalifikacji, wykształcenia i wiedzy ze wszystkich przedmiotów, których dziecko ma się uczyć, zwłaszcza np. rodzic z wykształceniem podstawowym. Kogo stać na wynajęcie kilku lub więcej prywatnych nauczycieli? Przecież to paranoja. 🙂

            Polubienie

            • Też uważam to za bezsens. Niemniej jednak prawo dopuszcza takie rozwiązanie. Myślę, że rodzice z wykształceniem podstawowym nawet nie zdają sobie sprawy z możliwości takiej formy „nauczania”, prędzej to rodzice „odjechani” występują o coś takiego – tacy, którzy za wszelką cenę chcą udowodnić światu własną niesztampowość…

              Polubienie

  7. Nie wiem jak funkcjonują szkoły demokratyczne w Polsce, wiem jak funkcjonują w państwach wysokorozwiniętych. Moi znajomi mają trójkę dzieci w takiej szkole i nie widać żadnego opóźnienia, braku wiedzy, inteligencji czy jakichkolwiek innych niedociągnięć. Wręcz przeciwnie, dzieci te świetnie sobie radzą w wielu dziedzinach i spokojnie mogą rywalizować z dziećmi z innych szkół, osiągając ponadprzeciętne wyniki. A wszystko to dzieje się w państwie, które stawia na naukę (i ma ogromne osiągnięcia), a nie na tanią siłę roboczą.
    Zacznijmy od przekonania, że współczesna tradycyjna polska szkoła jest modelowym rozwiązaniem edukacyjnym, zapewniającym najlepszy z możliwych start w życie. Niestety nie jest. Model szkolnictwa, który obowiązuje w Polsce został stworzony dla realiów XVII i XVIII wieku. Jego celem było wykształcenie sprawnego pracownika i żołnierza. Taki pracownik miał nie zepsuć maszyny, przy której pracował i posłusznie wykonywać polecenia przełożonego.
    Wtłaczanie przez lata mało przydatnej i często przestarzałej w momencie kończenia szkoły wiedzy, jest absurdem. 95% tego, co naucza szkoła w dobie rewolucji internetowej jest niczym więcej, niż zaśmiecaniem mózgu. Co z tego, że ktoś potrafi odróżnić morenę denną od czołowej, mitozę od mejozy, czy sinusa od cosinusa, kiedy nie ma pojęcia, ani potrzeby aby to wykorzystać w życiu. Natomiast jest kompletnym ignorantem jeżeli chodzi o zadania kreatywne, nie mówiąc o umiejętności szukania pracy. Szkoła wręcz zabija kreatywność wtłaczając do głów przekonanie, że jest tylko jedne właściwe rozwiązanie każdego problemu. Poprzez system oceniania i absurdalność wtłaczanej wiedzy oraz karanie za popełnianie błędów, ginie też naturalna chęć uczenia, która posiada każdy mały człowiek. Jak to działa – wystarczy posłuchać Kena Robinsona, cenionego specjalistę od edukacji, na konferencjach TED (Ted.com) .
    Aby trzymać się faktów, a nie przekonań czy wyobrażeń, warto przyjrzeć się uznawanemu za najlepszy na świecie system edukacji, który wprowadziła Finlandia. Dzięki sensownie przeprowadzonej reformie szkolnictwa, która zajęła aż 25 lat, Finlandia, która do połowy XX wieku była niesłychanie biednym krajem, stała się przykładem szybkiego i racjonalnego rozwoju. Można przygotowywać dzieci do egzaminów lub do życia. Finowie wybrali to drugie podejście. Uczniów prawie się nie testuje i nie zadaje prac domowych. Płatne korepetycje są zakazane. Na poziomie szkoły średniej uczniowie mogą sami sobie wybierać przedmioty. Na pierwszym miejscu jest stawiana współpraca nauczyciela z uczniem na zasadzie partnerstwa. Nie wpycha się do głów wszelkiej dostępnej wiedzy, natomiast Finlandia stawia nacisk na ciągłe doskonalenie zawodowe, z którego korzysta aż 1,4 mln Finów (cała populacja to trochę ponad 5 mln ludzi).
    Bo tak naprawdę jedynym sensownym zadaniem szkoły jest nauczyć ludzi, jak się uczyć, a nie wtłaczać gotowe informacje do głowy.

    Polubione przez 1 osoba

    • Zgadzam się, wszystko brzmi pięknie. Tylko jak w praktyce ma wyglądać tzw. nauczanie domowe? Rodzic ma uczyć w domu swoje dziecko fizyki, chemii i języka obcego, nie mając do tego wiedzy i kwalifikacji?

      Polubienie

    • Pytanie jakie rzucił hegemon: „… jak funkcjonują szkoły demokratyczne w Polsce …” skłoniło mnie do uporządkowania kilku podstawowych kwestii.
      1/ Polska szkoła (obojętne jaka) to dla dużej części społeczeństwa coś pośredniego między przechowalnią, a domem dziecka. Rodzice, często pijani, i bezrobotni, wysyłają dziecko do szkoły bo nie wiedzą co z nim zrobić, a w szkole może chociaż jeść dadzą. Nie wspomnę już o tym, że gdzieniegdzie sa jeszcze oczekiwania aby dziecko, póki młode i ma „wzięcie”, dorobiło jeszcze na ulicy dolną częścią ciała. To mroczniejsza strona polskiej edukacji.
      2/ To prawda, że polski system oświatowy jest jak dupa, kamienie, i cała reszta, ale nie lepiej jest nawet w USA, gdzie wtórny analfabetyzm obejmuje od 40-60% dorosłych. I tu hegemon ma rację, Programy edukacyjne mają głównie służyć państwu, i klasom rządzącym, a niekoniecznie kształconym uczniom.
      3/ Jaką więc wiedzę wtłaczać dzieciom do głów? Problem nierozwiązywalny z uwagi na lawinowy rozwój wszelkich nauk i technologii. Sensownym natomiast jest wpajanie dzieciom metod uczenia się. I temu właśnie ma służyć integracja dzieci o różnych poziomach wiedzy i umiejętności współżycia w społeczeństwie. I tutaj odpowiadam „Damie Kameliowej” – nie chodzi o to, aby dziecko uczyło się współżycia tylko w jednej klasie (czy np. w piaskownicy), ale żeby mogło bezkolizyjnie funkcjonować w obcych sobie środowiskach (czyli wielu klasach, piaskownicach).
      4/ Umiejętność „odróżniania: moreny dennej od czołowej, mitozy od mejozy, czy sinusa od cosinusa, jest niezbędna, gdy dziecko będzie miało zamiar zostać biologiem, lekarzem, archeologiem, badaczem nauk ścisłych, lub po prostu kontynuować naukę. Prawdą jest też to, że w większości ta wiedza może być nieprzydatna w późniejszym życiu. Jednak chodzi nie o wiedzę, ale o umiejętność uczenia się. Z tego względu dziecko może uczyć się zupełnie abstrakcyjnych treści, ważne aby umiało je przyswoić i odtworzyć. Tak w większości działa np. amerykański system oświatowy.

      Polubienie

      • Andrzej,
        Zgadzam się z tym, co napisałeś.
        „Niuans” w postaci nabywania kompetencji społecznych pojawił się tylko w kontekście szkoły demokratycznej (tej w Polsce, z kilkanaściorgiem dzieci w wieku 5-18, zmiennie uczęszczających do szkoły) – jeśli to podstawowe środowisko funkcjonowania dziecka, to nie jest to miejsce sprzyjające ani więziom emocjonalnym, ani relacjom koleżeńskim, ani procesom budowania tożsamości (zapomnijmy tu o buncie, skoro nauczyciele nie stawiają granic, ani fazie tożsamości lustrzanej, skoro koledzy nastolatka mają 5-8 lat…).
        Zgadzam się, że szkoła powinna uczyć umiejętności uczenia. Natomiast nie uważam – tak jak Hegemon – że nauka cosinusów, czy mitozy jest zbędna. Nie jest – to podstawowe wiadomości. Jeśli dziecko zechce się rozwinąć w danym kierunku (a na to trzeba pewnego wieku), będzie już miało bazę pojęciową i określony sposób myślenia.
        W szkole demokratycznej najbardziej nie podoba mi się brak reguł i granic. Nie wszyscy chcą i mogą w dorosłym życiu być „wolnymi strzelcami”, a większość dorosłych środowisk wymaga funkcjonowania wg określonych reguł i zasad.

        Polubienie

  8. Nie słyszałam o opisywanym przez Ciebie sposobie nauczania, dlatego z zainteresowaniem przeczytałam to co tu napisałaś oraz komentarze pod wpisem. Szczerze powiedziawszy mam teraz chaos w głowie. Myślę, że teraz weszła taka moda, im bardziej wydziwnione szkolnictwo tym więcej rodziców chętnie zapisuje tam swoje dzieci. Osobiście sama nie wyobrażałabym sobie posłania dziecka do szkoły pozbawionej pewnych zasad, czy regół panujących w społeczeństwie będących ważnymi aspektami w życiu. O ile jestem za pewnymi zmianami w naszym polskim szkolnictwie, czy za unowocześnieniem szkół i form nauczania, tak nie do końca zgadzam się z typem szkoły demokratycznej, bo jak dla mnie ma ona zbyt szerokie pojęcie. Wszystko zależy od tego jak kto postrzega słowo Demokracja.

    W szkole podstawowej miałam nauczanie indywidualne z powodu problemu z chodzeniem. Akurat ta forma wydaje mi się jak najbardziej sensowna pod warunkiem, że osobą uczącą jest wykwalifikowana w tym odpowiednia osoba. Dużo można wynieść z takiej indywidualnej lekcji, gdyby doszły do tego jeszcze jakieś doświadczenia praktyczne, to myślę, że wielu mogłoby się całkiem sporo nauczyć. No cóż, póki co, nasze ministerstwo oświaty nie ma kompletnie pomysłu na udane szkolnictwo. Likwidują teraz program gimnazjalny, co od samego początku wydawało się wielkim niewypałem.

    Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

    Polubienie

    • Wiesz, miałam taką samą myśl – że im bardziej dziwaczne jest nauczanie i szkoła, tym to modniejsze i lepiej świadczące (?!) o rodzicach. Pamiętam etap nietypowych przedszkoli z zajęciami z europeistyki – nie wiem, czy dotychczas coś takiego jeszcze istnieje. Gdy mój syn był mały, usiłowano mnie namówić na takie „twórcze” przedszkole. Gdy – przerażona ilością stymulacji, z jaką musiałoby się zmierzyć moje dziecko – stanowczo odmówiłam, spotkało się to z niedowierzaniem i zdziwieniem. Po latach mogę stwierdzić, że cieszę się, że chodził do zwykłego przedszkola i normalnej szkoły, bez udziwnień. I też – serdeczne pozdrowienia 🙂

      Polubienie

  9. W zakresie pomysłów na szkolnictwo już chyba nic mnie nie zdziwi… Taka szkoła bardziej kojarzy mi się ze świetlicą, w której dzieci spędzają czas, gdy rodzice są w pracy – mogą się tam bawić, uczyć, czytać, rozmawiać, ale mogą też nie robić kompletnie nic. A sama idea braku obowiązków i konieczności podporządkowania się? Wiem, że tzw. bezstresowe wychowanie ma wielu zwolenników, ale świat dorosłych jest skonstruowany inaczej i im wcześniej dziecko to pojmie, tym lepiej dla niego…

    Polubienie

    • Nie wierzę w bezstresowe wychowanie. Życie człowieka to nie tylko swoboda i radość, ale również ograniczenia i zmagania. Myślę, że trudności hartują człowieka, pozwalają poznać siebie, dzięki czemu jest on w stanie mierzyć się z problemami. A szklany klosz ochronny (vide ta „szkoła) to tylko iluzja.

      Polubienie

  10. zdecydowanie lepszą jest jest szkoła „zwykła” od demokratycznej. obowiązek szkolny, który kończy się na etapie ukończenia gimnazjum (kiedyś było to po ośmiu klasach szkoły podstawowej) ma swoje uzasadnienie, z którym trudno się nie zgodzić. dziecko do pewnego wieku należy zachęcać/stymulować/pobudzać/nakierowywać i w końcu przymuszać (co do jakości i formy tego przymuszania można się spierać) bo naprawdę mało które (dziecko) tak „samo z siebie” wpadnie na to by zainteresować się czymś więcej niż lepieniem babek z piasku czy graniem na playstation.
    i tak na marginesie: w tej chwili uczniowie są utwierdzani w przekonaniu, że mają jedynie prawa i minimum obowiązków jeśli w ogóle – nauczyciel zwracający na coś uwagę/wymagający, zwłaszcza w klasach z rozszerzonym programem nauczania, jest traktowany przez uczniów i rodziców, jak wróg.
    kiedy jesteśmy dorośli: utwierdza nas się w przekonaniu, że mamy obowiązki a o prawa każdorazowo musimy walczyć/upomnieć się.

    Polubienie

      • Wiem, że szkoła taka jaka jest teraz w Polsce to jakiś żart chyba.. (Dzieci spędzają pół dnia w szkole a potem pół popołudnia na odrabianiu zadań. Nie mają czasu być dziećmi). Ale wystarczyłoby użyć tą całą wiedzę którą zbierają specjaliści jak psycholodzy, behavioryści nawet specjaliści od rozwoju i żywienia (dobrze skomponowane żarcie) i zrobić coś, żeby te kilka godzin w szkole było bardziej wydajne, a dzieciom zostawić do domu tylko czytanie lektur. Jasne, że niektórzy (jak kiedyś ja) potrzebowali sobie jeszcze coś dodatkowo poćwiczyć żeby załapać, ale to też dałoby się rozwiązać. Kołami matematycznymi i polonistycznymi. Nie jestem ekspertem, ale mam wrażenie, że myślę logicznie xD

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s