Przetrwać jesień, przetrwać zimę

Uwielbiam ciepło. Najlepiej czuję się wtedy, kiedy temperatura przekracza 28 stopni Celsjusza, a niebo jest bezchmurne. Gdy nastają upały, z radością porzucam wszelkie zmechanizowane środki transportu i z wielką werwą korzystam z  każdej okazji, aby iść, jak najczęściej, jak najdłużej. W świetle słońca, oczywiście, wzbudzając tym samym zdumienie znękanych (?!) upałem, chroniących się w cieniu ludzi.

Niemniej jednak w naszych szerokościach geograficznych dzieje się tak, że po uroczo skwarnych dniach, pełnych słońca i światła (jeśli zdarzy się udane lato), prędzej czy później następuje jesień…  Prawda powszechnie znana.

Bywa miło, kiedy nadal świeci słońce… Przestaje być ciekawie, kiedy pewnego dnia niebo zasnuwa się grubą warstwą chmur, nie przepuszczających ani promienia słońca i stan ten utrzymuje się przez parę miesięcy. Kolory stają się wypłowiałe, krawędzie bywają zatarte, a to, co przenika przez kożuch chmur sprawia, że rzeczywistość wydaje się wyblakła, jakby świat zanurzył się w rzadkiej, brudnoszarej wodzie. Wpadam wtedy w melancholię, a utrzymujący się brak światła powoduje, że zapominam o radości życia.

Podróże, tam gdzie jest słońce

Próbowałam wielu sposobów na przetrwanie nieznośnych dla mnie pór roku. Wyjazd na półkulę południową – gdzie właśnie zaczęła się wiosna lub lato i pobyt tam przez parę miesięcy byłby idealną opcją, gdyby… No, właśnie, gdyby nie utopia tego rozwiązania. Pomijając „drobną” kwestię pracy, życia zawodowego, obowiązków, zarobkowania, zostaje jeszcze dziecko, które uczęszcza do szkoły. Nie jest możliwe (ani moralne) wycięcie mu z życiorysu pół roku szkolnego…
Gdyby urealnić oczekiwania, to teoretyczne mogłabym wyjechać na krócej, ale podróże – takie, jakie lubię praktykować, czyli na 2-3 tygodnie – nie wchodzą w rachubę, właśnie z uwagi na obowiązki szkolne małoletniego.
Więc pozostają kilkudniowe wypady w stronę słońca (jeśli odpowiednio różne święta listopadowe podkleją się pod weekend). Próbowałam… Mimo, że uwielbiam podróże, takie krótkie wypady tylko wzmagały moją frustrację. Z jednej strony cudownie było wzbić się ponad gęstą warstwę chmur, nacieszyć widokiem słońca opromieniającego skrzydła samolotu, a potem pobyć tam, gdzie lato nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. Z drugiej –  po powrocie szarość mnie zalewała: dojmujące było poczucie  zimna, braku światła i nadziei, że wkrótce będzie lepiej…
Więc zaprzestałam frustrujących podróży jesienią czekając, aż nastanie luty-marzec- wtedy te eskapady są inspirującym preludium do mającej wkrótce nastąpić wiosny.

Zasnąć niczym niedźwiedź

Byłoby idealnie po prostu przespać jesień i zimę. Niestety, to niemożliwe.
Wprawdzie próbowałam. Wmawiałam sobie, że mój organizm przetrwa zły czas, jeśli zakopię się w ciepłe koce, rozpalę ogień w kominku i pogrążę w ciekawej lekturze (zwlekając się z kanapy tylko po to, aby udać się do pracy lub do spania). Po paru tygodniach takich doświadczeń wcale nie było lepiej! Owijanie się kocami nasilało apatię. Wyziewy z kominka przyprawiały o ból głowy. Bierność i bezruch sprawiały, że traciłam resztki energii i tak już wyssanej przez obezwładniające ciemności. Wcale nie miałam poczucia, że jest mi lepiej, wręcz przeciwnie.

Sport

Prawda jest taka, że jesienią i zimą ze sportem bywa trudniej.
Kiedyś biegałam, ale pokonał mnie klimat 😦
Uwielbiam jazdę na rowerze, jednak zupełnie czym innym jest radosna, wielogodzinna eskapada w przewiewnym ubraniu, kiedy słońce ogrzewa, a pęd powietrza chłodzi, a czymś zgoła odmiennym – pedałowanie w dzikich porywach zacinającego wiatru i przenikającego zimna. Przy okazji – mam bardzo niski próg wrażliwości na chłód…
Łyżwy… to też uwielbiam. Pozwalają jako-tako przeżyć zimę, pod warunkiem, że temperatura nie spada poniżej 5 stopni. Plus pięciu, a nie minus pięciu (żeby była jasność) – bo w tej temperaturze zwalniają moje procesy życiowe i nawet najlepiej oczyszczony lód nie motywuje mnie do jazdy. Po prostu jest mi zimno i tyle, i nie pomoże tu nawet najdzikszy pęd (jeżdżę na hokejówkach)…
Fitness to dla mnie dobre (choć parcjalne) rozwiązanie… Lubię ćwiczenia, ale gdy się kończą i endorfiny ulegają już rozpadowi, to znowu jestem zła, że jesień, że zima, że mokro, że szaro, że zimno i że jeszcze parę miesięcy bez światła!

Mordercza praca

No, właśnie i tu jest ciekawie…
Od wielu lat razem z jesienią mam nawał obowiązków – nie dlatego, że taka jest dynamika mojej pracy, ale dlatego, że próbując zapomnieć o szarudze za oknem imam się wszystkiego. Biorę wtedy dodatkowe zlecenia, angażuję się w różne projekty,  działam, pracuję, haruję. Jest mi o tyle łatwiej, że moja główna praca ma charakter zadaniowy. Pracuję więc rano, wieczorem, w weekendy (nie wszystkie). Tyram jak dziki osioł. Czas, który pozostaje, dzielę – trochę dla męża i syna, trochę na łyżwy i inną aktywność ruchową… Czasem da się coś uszczknąć na kawałek książki (najlepiej dobrze znanej, żeby odprężała i nie wymagała uwagi), czy film. Wszelkie dłuższe zaangażowanie pozazawodowe nie wchodzi w rachubę…
Co roku ogarnia mnie irytacja w związku ze świętami: Jakie święta?! Już? Przecież nawet nie kupiłam prezentów! Co roku, gdzieś w okolicach tychże właśnie świąt pytam zarobionego obowiązkami męża (bo ja w domu nie mam już czasu na nic): co z Sylwestrem?… Rychło w czas. Czasem jakaś dobra dusza załatwi nam wejście na imprezę, czasem wpadniemy do stolicy ościennego państwa przepłacając za hotel.
A potem jeszcze styczeń (tu się czasem wyłamię i polecę trochę w stronę równika), luty i nawał pracy. A później… okazuje się, że już zrobione! To, co miałam do wykonania i zarobienia – zrealizowałam w połowie terminu. Zostaje jeszcze jakaś rutynowa (druga) praca, trochę niespodziewanych zadań, ale okres morderczego kieratu ucieka w zapomnienie… A na horyzoncie pojawia się słońce i raptem w polu widzenia aktywizują się promocje na bilety lotnicze 🙂
Ale teraz jest październik. Więc, niestety, czas zawiesić fantazje o wiośnie, blogowaniu/czytaniu blogów, rowerach, podróżach i wrócić do galer i wioseł. Mój najbliższy wolny (jedyny) weekend będzie za trzy tygodnie. Więc znikam z blogosfery. Cześć pracy, rodacy 🙂 Ostatecznie ktoś musi zarabiać na 500+
45442-rainy-window-4453
Reklamy

24 comments

  1. Kiedyś też tak sobie marzyłam, żeby teleportować się do ciepłych krajów na jesień i zimę też. Albo przespać jak niedźwiadki czy Muminki xD Ale to było jakieś 10 lat temu, a potem pogodziłam się z rzeczywistością…. W sumie grzaniec z czerwonego wina pasuje tylko do tych pór roku 😉

    Polubienie

      • Na szczęście. Bo śnieg lubię tylko w telewizji i wysoko w górach xD Kiedy pada w trakcie jesieni, mam nastroje zgoła mordercze. A kiedy wreszcie wiosna zaczyna być bardziej po stronie słońca, wreszcie odtajam po tym całym zimnie. Jestem zmarzluchem, więc to jak przebudzenie z koszmaru… Moim przyjacielem od tygodnia jest termofor i będzie do tych słonecznych, wiosennych dni… 😉

        Polubienie

  2. Wyjęłaś mi wszystko z ust. Także nie lubię jesieni i zimy, bo po prostu nie lubię zimna. Wtedy nie chce mi się wychodzić nawet na fitness. Latem odżywam, a jesienią zasypiam. Jazda na rowerze jesienią to umartwianie się, a nie relaks, chociaż znam ludzi, którzy jeżdżą na rowerze do pracy przez cały rok.

    Polubienie

  3. Hm, znam takich, ktorzy przenieśli swoje życie na Bali. Tam też są szkoły. Podobno świetne, międzynarodowe.
    A ja tęsknię za spacerem o chłodnym poranku, kiedy liście szeleszczą pod stopami, a słońce złoci korony drzew…

    Polubienie

    • Przenieść życie na Bali? Tam od listopada do marca jest przecież pora deszczowa! Nie dość, że chmurzaście, to jeszcze wielogodzinna pompa z nieba…Tyle, że ciepło.
      Pozostaje mi tylko Australia, Argentyna, RPA, ale przeprowadzka na pół roku byłaby, niestety, mało realna… 😦
      Zaskakujące jest, że można lubić chłodne poranki… 🙂 Lubię słońce, ale martwe liście u stóp napawają mnie smutkiem. Każdy ma inne preferencje 🙂

      Polubienie

  4. Odwieczny i mój dylemat: jak przetrwać zimę. Zauważyłam, że skoro na pogodę nie mam wpływu, to pogoda powinna mieć pozytywny wpływ na mnie, więc muszę zaakceptować ten stan i wmawiam sobie, że pogoda wprawdzie wietrzna, ale za to będzie czyste powietrze, a leje, ponieważ iglaki muszą mieć odpowiedni zasób wilgoci przed zimą. To szukanie pozytywów przynosi efekt, wierz mi. A tej pogody pragnie Ewa (Ind). Teraz Cię przekonałam?
    Serdeczności.

    Polubienie

    • Jak zyskam chwilę, to spróbuję 🙂 Na razie praca, praca, praca. Ale może to i dobrze – prawie nie zorientowałam się, kiedy minął październik! A listopad zawodowo zapowiada się jeszcze gorzej, więc pewnie nie zauważę, kiedy minie. Pozdrowienia 🙂

      Polubienie

  5. Dla mnie również jesień i zima to najgorsze dla miesiące. Ani wycieczek, ani spacerów, z aparatem to chyba tylko do pobliskiego parku i szybko z powrotem, bo zmarzluch ze mnie straszny. Dopóki jest co fotografować, bo potem to tylko mokre i zimne szarości zostają… Nic, tylko zwinąć się w kłębek i przespać, albo wyjechać do ciepłych krajów :/ Ale jako że to nierealne, więc cierpię w milczeniu i piszę wiersze jakieś smętne. Chyba najwięcej mam tej grafomańskiej produkcji na jesieni i o jesieni 😉 Zatem byle do wiosny, czego i Tobie życzę.

    Polubienie

  6. Życzę szybkiego nadejścia wiosny i tak upragnionych upalnych dni:) Ja również jesienią imam się różnych zajęć – praca, działalność społeczna…Jakoś trzeba zabić te jesienne szarugi;)

    Polubienie

  7. Jak to było w piosence? Pojawiasz sie i znikasz…
    Kiedyś nie lubiłam jesieni i zimy, teraz delektuję się ciepłem domu, klimatem płonących świec i mam usprawiedliwienie dla ogarniającego mnie czasem słodkiego lenistwa…

    Polubienie

    • Tak to już ze mną jest, że nie ma constans… 🙂
      Zazdroszczę Ci, że potrafisz się delektować, a nie upoić, „czasem rozleniwić”, a nie zalegnąć w piernatach na dobre – w moim przypadku byłoby to drugie… 😦 Gdyby nie szał zajęć, od których bez mała zależy moje funkcjonowanie, miałabym naprawdę ciężko…

      Polubienie

  8. Poza upalnym latem nie mam uprzedzeń do nieznośnych pór roku. To tylko kwestia dostosowania się do zmian. Przestrzegam jednak przed ucieczką od pór roku. Człowiek, tak jak przyroda, musi przeżywać etapy intensywnej pracy i intensywnego wypoczynku. Ci co to ignorują popadają w ciężkie nieodwracalne depresje. Osobiście nie unikam słońca, ale muszę wtedy być nad wodą. Przy temperaturze pow. 24-26 st. już czuję się nieciekawie.

    Polubienie

    • Intensywnie wypoczywam latem :), które dla mnie nigdy nie jest zbyt upalne (no, chyba, że na Zwrotniku).
      A w moim przypadku ucieczka przez (niektórymi) porami roku to ucieczka przed depresją. Nie dałabym rady zmierzyć się z jesienią i zimą bez „odwracaczy” uwagi…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s